uśmiechniętą dziewczynę — to Róża, córka mojego najstarszego syna.
— Państwo będą łaskawi iść za mną.
Dependent przeprowadził ich przez jedną salę, gdzie przyjmowano klientów, przez poczekalnię, aż stanął w gabinecie pryncypała.
— Spodziewam się, że państwu będzie tu wygodniej jak na ulicy; proszę usiąść i odpocząć, nim nadejdzie pan Rousselet.
— Czy nie mógłbym się dowiedzieć, w jakim celu wezwał mnie wasz notarjusz z Paryża do Aubécourt? — zapytał starzec.
— Niestety, jestem równie nieświadomy tej sprawy jak pan — rzekł dependent — lecz pan Rousselet wkrótce nadejdzie i objaśni pana. Racz pan czekać cierpliwie.
Dependent wyszedł, wymawiając ostatnie słowa.
O kwadrans na dwunastą Suma się skończyła. Wierni opuszczali kościół i rozsypali się po ulicach.
Ze sto osób czekało na dziedzińcu.
Panna Marta Raclot wyszła z kościoła. Zeszła po schodach, z głową spuszczoną. Na twarzy jej odbiło się zamyślenie. W ręce trzymała dużą książkę do modlitwy. Przy pasie wisiał ciężki Różaniec zakończony żelaznym krzyżem.
Zaczęto ją pokazywać tym, którzy jej nie znali.
— Oto córka Mateusza Raclot.
— Doprawdy?
— Dziwnie ubrana.
— W habit nowicjuszek klasztoru Dominikanek.
Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/169
Wygląd
Ta strona została skorygowana.