— Ani ja.
— I ja nie.
— Możnaby sądzić, że starzec nie widzi.
— Ależ tak, łatwo poznać po chodzie.
— Biedny człowiek!
— Ta ładna dziewczyna, to chyba jego córka.
— Ej, prędzej wnuczka.
— Widzicie, jak się doń uśmiecha, jak się zdaje każdą myśl odgadywać, jak przemawia tkliwie.
— Jakaś miła i uprzejma panienka.
Czytelnik poznał już prawdopodobnie w wyżej opisanym starcu, wuja Bertrand’a.
Dziewczyna mu towarzysząca, była córką jego najstarszego syna Antoniego. Zwała się Różą, którą wdziękiem i świeżością przypominała. Na radzie familijnej, zwołanej przed trzema dniami, powierzono jej opiekę nad starcem.
Początkowo ojciec Bertrand oburzył się i odparł stanowczo, że ani myśli jechać w tak daleką i uciążliwą drogę. Ten notarjusz z Aubécourt nie miał chyba innego zajęcia, jak wzywać go do siebie. Mógł donieść do Paryża czego chce, a nie trudzić i niepokoić takiego starca.
Lecz ów pan, który mu wręczył przed kilkoma dniami tysiąc franków, zjawił się znowu i nakłonił go do podróży.
— Gdyby mnie wzywano do Aubécourt, aby zwrócić połowę spadku po mojej siostrze, nie wahałbym się ani chwili. Lecz ten łotr Raclot nic nie wypuści z garści — rzekł starzec, wzruszając ramionami.
— Nie wiem o co się rozchodzi — rzekł tajemniczy
Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/167
Wygląd
Ta strona została skorygowana.