Lecz nie wybiła jeszcze dziesiąta, jeszcze dzwon parafialny nie oznajmił końca Mszy, gdy zaczęły się zjawiać na podwórzu kościelnem różne postacie, nie wszystkie znane mieszkańcom wsi.
W rogu stał dom notarjusza, zupełnie nowy, o dwóch piętrach i wysokiem podmurowaniu.
Osoby, zapełniające podwórze, nie wszystkie były wezwane. Nie brakło znajomych, przyjaciół, dążących nie z potrzeby, lecz z ciekawości. Jedni milczeli poważnie zamyśleni, inni gestykulowali, rozprawiając głośno.
Jaki cel miał notarjusz, zwołując ich tutaj?
Starano się przeniknąć jego myśli, zrozumieć plany, lecz zdania się różniły. Niektórzy mieszkali w Aubécourt i Ligoux, innych, mianowicie tych, którzy byli zmuszeni opuścić wioskę, gdyż pozbawieni ziemi, nie mieli z czego żyć, notarjusz odnalazł. Wszyscy zamieszkiwali wsie lub departamenta sąsiednie, czem poszukiwania zostały ułatwione. Ci, którzy mieli daleką drogę przed sobą, przybyli jeszcze poprzedniego dnia wieczorem. Każdy miał tu krewnych lub znajomych, którzy go chętnie przenocowali.
Nowo przybyłych otaczano, ściskano za ręce, witano. Każdy się cieszył, już tak dawno ten i ów wyjechał, lub zginął bez śladu.
— To ty? czy cię wezwał notarjusz?
— Tak.
— Nie wiesz w jakim celu?
— Nie.
— To zabawnie! Mniej więcej wszyscy interesowani czekali już o
Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/165
Wygląd
Ta strona została skorygowana.