dom, zwróciła je ojcu. Zaniosłem je Marcie, wiedząc czyją są własnością.
— Więc?
— Nie chciała je odebrać. „Te klejnoty, rzekła mi, należą do ofiar okrucieństwa mego ojca, wpiszesz je pan w inwentarz“.
— Czy zostały sprzedane?
— Tak, pani.
— Znasz pan nabywcę?
— Nabywcą jestem ja sam. Dowiedziałem się od jubilera o ich realnej wartości i zapłaciłem trzy tysiące franków.
— Dobrześ pan zrobił, nie pozwalając tym klejnotom przejść w cudze ręce. Lecz, powiedz mi pan, czy panna Marta Raclot pragnie zawsze wstąpić do klasztoru?
— Tak, pani.
— Pan nie próbował zmienić jej postanowienia?
— Robiłem co było w mojej mocy, lecz bez należytego skutku!
— Ach!
— Panna Marta, byłaby już wróciła do klasztoru, gdybym jej nie zatrzymywał.
— Pan jej potrzebujesz?
— Tak, pani. Od tej niedzieli za tydzień, posiadłości wrócą do pierwotnych właścicieli. Wszystkie akta gotowe. Wszystkie ofiary lichwiarza przybędą w dniu tym do Aubécourt, nie domyślając się radości jaka ich spotka, nie wiedząc o niespodziance, którą im przygotowujemy. Ach! pani, co to będzie za widok, we wsi