jej usługi. Wtedy objaśniła mnie, że zrzeka się spadku po ojcu, że nie weźmie nic z tej źle nabytej fortuny, zebranej z krzywdą ludzką, że postanawia zmazać winy ojca, i wybiera mnie do pomocy! W końcu dała mi krótko do zrozumienia, że uważa spadek za własność nieszczęśliwych a licznych ofiar jej ojca, i że jest jej intencją zwrócić wszystko, co zabrano ubogim.
Panna Lormeau była podniecona.
— Ależ to pięknie, wspaniale! — wykrzyknęła.
— Masz pani rację, jest to rzecz wspaniała. Jednak sądziłem jakoby moim obowiązkiem było oznajmić Marcie, że po zwróceniu zabranych pieniędzy, zostanie jej jeszcze wcale pokaźny majątek. — Pan mnie źle zrozumiał! zawołała. Nie chcę nic. Słyszysz pan, nic, nic! — Należy oddać posiadłości nabyte przez pana Raclot ich dawnym właścicielom. — Pani, powstałem. Przecie pani ojciec nim został właścicielem każdej z tych posiadłości, pożyczał większe lub mniejsze sumy ich właścicielom. Te powinne być pani zwrócone. — Nie zgadzam się na taki porachunek, odparła. Pożyczki lichwiarskie, przeprowadzenia prawne, zniszczyły tych nieszczęśliwców. A łzy, które wylali, a cierpienia, katusze przez które przechodzili, nic nie znaczą w pańskich oczach? Ja pragnę nie tylko zwrócić dobra zagrabione, ale naprawić całe zło, nagrodzić wszystkie krzywdy. — Ale pani, perswadowałem, twoje rodzice pracowali. Z drugiej strony twoja matka odziedziczyła znaczny majątek, dwakroć pięćdziesiąt tysięcy. — Teraz Marta uniosła się gniewem. — Spadek został wyłudzony! zawołała. Mój ojciec podszedł ciotkę, i dla tego wy-