— No, no, nie żartuj pan. Chociaż wyznać muszę, pańskie żarty są bardzo przyjemne.
— Zaręczam pani, że mówię zupełnie serjo.
— Podając łamigłówki do zgadywania.
— Czy pani zechce mnie słuchać?
— Ale naturalnie.
— Panna Marta Raclot od pogrzebu ojca nie była w zamku. Poprosiła o schronienie jednej ubogiej wieśniaczki, swojej mamki, matki Langier. Mieszka w małym pokoiku, dającym się porównać z celą więzienną. Jest bowiem źle oświetlony, wilgotny, nie zawiera nic, prócz stołu, dwóch dębowych krzeseł i ubogiego łóżka z białego drzewa, z siennikiem i jednym materacem. Ach! zapomniałem wspomnieć o przepysznem lustrze, wielkiem jak dłoń, w oprawie z drzewa, pomalowanej wszystkiemi barwami tęczy. Och! ta siedziba nie podobna do słodkiego, wygodnego gniazdeczka jaskółki lub ziemby. Jednak pokoik jest czysty, a obecność Marty czyni go wesołym. Stara matka Langier nie szczędzi trudów, by młodemu dziewczęciu uprzyjemnić pobyt, sama dogląda wszystkiego. Marcie jest wierną i oddaną, przemyśliwa całemi dniami nad tem, żeby jej pieszczoszce na niczem nie zbywało. Lecz młoda panna zadawalnia się byle czem, nie skarży się, choć jaja, ser, czarny chleb i jarzyny stanowią jej całe pożywienie. Słonina pokazuje się czasami w ubogiej chacie, a masło nigdy. Zaś woda, zwykła woda źródlana, zastępuje najwyborniejsze wina.
Dzięki pieniędzom Dominikanek i nędznym oszczędnościom mamki, obie niewiasty mogły żyć dość długo