Przejdź do zawartości

Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— O niczem, zupełnie o niczem. Skądże chcesz pan bym o czemś wiedziała?
— Prawda, Aubécourt daleko od Rosiéres, więc pani nie słyszy o czem tam mówią, nie wie co robią. W każdym razie pan Jerzy de Santenay mógł panią uwiadomić...
— Mój siostrzeniec nie jest lepiej poinformowanym odemnie. Łatwo odgadnąć, że wstydziłby się po prostu, wypytywać kogo o pannę, której ojciec... Pan mnie rozumiesz?...
— Czuję się szczęśliwym, mogąc odpowiedzieć na pani pytanie. Pannę Martę Raclot widziałem wczoraj, mogę więc panią upewnić, że jest zdrową. Olbrzymim majątkiem nie kłopoce się nic a nic. Nie mogę powiedzieć by się wydawała niepocieszoną po śmierci ojca, lecz czyni wszystko co może, by zmazać jego winy i okryć jasnością jego pamięć.
— Co też pan mówisz najlepszego? Czy pamięć takiego Raclot’a może być czczoną?
— Tak pani, przez jego córkę.
Stara panna zaczęła się śmiać w głos a potem rzekła nie bez ironii:
— Czyżby panna Raclot pragnęła wystawić swemu ojcu grobowiec sięgający szczytem sklepienia niebios?
— Zgadłaś pani — odrzekł notarjusz dobitnie.
— Ach tego zanadto!

— Pozwól mi pani dokończyć. Panna Marta wznosi swemu ojcu gmach, który cały świat będzie podziwiał, i przed którym każdy uczciwy człowiek ze czcią schyli czoło...