łała stara panna — pan jesteś zawsze elegancki! Spiesz się pan, ucałuj rączki pani Mounier, i chodź do jadalni gdyż wszystko wystygnie.
Śniadanie przeszło wesoło, jak nigdy, dzięki humorowi panny Lormeau.
Po śniadaniu i czarnej kawie, pan Rousselet chciał się oddalić.
— Jakto, pan chciałbyś nas opuścić! — zawołała panna Lormeau. — Ależ ja pana nie puszczę, o tem nie ma mowy! Zostań pan z nami! Pan jedziesz do B?...
— Miałem przyjemność pani już oznajmić.
— Pan będziesz tam nocować?
— Interesa nie pozwolą mi odjechać przed nocą.
— Jeśli tak, zostaniesz pan z nami do czwartej. Za dwie godziny będziesz w mieście, a jutro załatwisz się z interesami.
Cóż było robić? Pan Rouselet nie nalegał dłużej i pozostał do czwartej. Niebawem całe towarzystwo zeszło do ogrodu. Ogród był ładny, duży, ślicznie utrzymany, pełny drzew niebotycznych. Pod kasztanem stał stół i krzesła, wszyscy usiedli. Rozmowa nie przerywała się.
— Drogi panie Rousselet — rzekła panna Lormeau, przechodząc nagle z jednego przedmiotu na drugi — mów mi pan coś o pannie Raclot; zdrowa, nieprawdaż? jakże, uczuła głęboko śmierć ojca? Czy sama rządzi majątkiem?
— Przepraszam panią rzekł zdziwiony notarjusz — pani nie wie o niczem?