Przejdź do zawartości

Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Jakto, pan chcesz odjeżdżać nie posiliwszy się niczem? To być nie może, państwoby nam tego nie przebaczyli.
— Śniadanie będzie gotowe za dziesięć minut — dodała kucharka wychodząc. — Pan będzie łaskaw zaczekać.
— Dobrze — rzekł notarjusz.
Kucharka była już w kuchni, o czem świadczył brzęk naczyn i swąd masła, rumieniącego się na patelni. Wtem hałas wszczął się na podwórzu, niemiłosierne szczekanie doszło uszu naszego znajomego. Po chwili wszedł lokaj w liberji, prosił pana Rousselet na chwilkę rozmowy.
— Panna Lormeau widziała pana, gdyś zjeżdżał z gościńca — rzekł kłaniając się — a domyśliwszy się, że wstępujesz do rodziców, posłała mnie prosić na śniadanie, gdyż pani Mounier chciała pospieszyć natychmiast. Bądź pan łaskaw nie robić ceremonii i przybyć do naszej pani, jak do własnego domu.
— Trudno odmówić tak miłemu zaproszeniu — pomyślał notarjusz — zwłaszcza jeśli się chce uchodzić za człowieka, mającego pojęcie o dobrym tonie.
Panna Lormeau wyszła na jego spotkanie. Podała obie ręce, na których pan Rousselet złożył ze czcią pocałunek.

— Panie — mówiła zadowolona — gość w dom, Bóg w dom. A do tego taki gość jak pan! Taki miły, przyjemny! Taki gość to prawdziwe szczęście, kochany panie. Jak to ładnie z pańskiej strony, zrobić mnie starej podobną niespodziankę. — Pan Rouselet chciał przeprosić za ubiór podróżny. — Daj mi pan spokój zawo-