to, czego nie wiedziano w Aubécourt ani w Ligoux możemy oznajmić czytelnikowi.
Juljusz Bertrand przyjechawszy do Paryża dostał się do odlewami. Nauczył się wkrótce odlewania i został dobrym robotnikiem. Zarabiał do dziesięciu franków, lecz to mu ledwie wystarczało, miał bowiem żonę i sześcioro dzieci, a życie w Paryżu drogie. Nie pozwalano sobie na żadne przyjemności, oszczędzano, w końcu ratowano się jak było można.
Życie Marji przychodziło lżej jak Juljuszowi. Gdy wysłużyła dziesiąty rok, miała cztery tysięcy franków zaoszczędzonych i od razu znalazła męża. Był to kupiec win, mający również kilka tysięcy majątku.
Wtedy najęli ładny sklepik na rogu jednej z ulic i zagospodarowali się na dobre. Początki nie były łatwe, trzeba było dobrze myśleć aby nie stracić. Klientela rosła z dniem każdym. Marcin, mąż, wiedział jak się brać do rzeczy, a pani Marcinowa miała tak czarowny uśmiech dla każdego, że trudno było się oprzeć. Po kilku latach sklep ustalił się i zaczął się bardzo pomyślnie rozwijać.
Od rana do wieczora, widziało się przed ladą tłum ludzi popijających wino.
W miarę jak byt naszych znajomych się polepszał, zaczęto sklep rozszerzać.
Nad sklepem, na pierwszem piętrze, w sali zastawionej marmurowymi stolikami, czystej i przestronnej, widywano panią Marcinową podającą zebranym gościom obiad. Ona sama gotowała, więc zdrowo i smacznie. Postępując w ten sposób, państwo Marcinowie doszli