duszę — zawołał Jerzy głosem drżącym — lecz gdybyś wiedział, gdybyś wiedział, że...
— O czem synu?
— Ojcze! — odrzekł Jerzy z bólem, należę do nędzników, do podłych potwarców, gdyż uwierzyłem w pogłoski... Lecz tyś mi ojcze oczy otworzył, twój głos oburzony, ukarał mnie należycie.
— Jakto, tyś wątpił?
— Uznałem Martę winną...
— Nie kochasz jej już?
— Przeciwnie, kocham ją coraz więcej.
— Synu! odezwał się generał z wymówką. — Tyś zwątpił o niej, choć powinnością twoją było, wystąpić przeciw całemu światu! Do kogoż wyciągnie ręce, ta biedna, nieszczęsna ofiara losu; jeśli ją opuszczą ci, którzy ją kochają.
— Ojcze nie mów tak, bo mi wstyd. Żałuję swej porywczości i przepraszam biedną Martę...
— Zgadzam się z tobą, bracie, i chcę wierzyć w niewinność Marty; — odezwała się panna Lormeau — lecz Marta jest córką swego ojca; przez co Jerzy musi o niej zapomnieć.
— To inna kwestja — rzekł generał. — Możemy lubić Martę, możemy okazywać jej współczucie, lecz tak mój syn, jak i ja, pamiętamy, co się należy nam i opinii publicznej. Marta Raclot nie będzie żoną Jerzego de Santenay, tego wymaga honor rodziny!
— Niech się tak stanie — rzekła ciotka poważnie.
Z piersi Jerzego wyrwało się westchnienie, długie, przeciągłe...
Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/114
Wygląd
Ta strona została skorygowana.