nemi na piersiach, wzrok jego błądził po pagórkach zielonych, lub spoczywał na złotych kłosach żyta pokrywających pola. Marzył, gdyż nic nie widział... Lecz o czem?...
W takich razach myśl jego zaprzątywała chęć posiadania na własność choć kilku kwadratów ziemi, aby módz trochę pracować dla siebie, nie przestając jednak służyć innym.
Jak wszyscy wieśniacy, kochał ziemię i pieniądze..
Instynktownie stał się lichwiarzem. Może nie wiedział, że uczciwość i prawo bronią pożyczania na lichwę, w każdym razie praktykował lichwę bez żadnych, skrupułów. Uważał ją za zupełnie naturalną.
Wszyscy wiedzieli że Mateusz Raclot uskładał już nie małą sumkę, nic więc dziwnego, że w potrzebie do niego się udawano. A wtedy można było usłyszeć następującą rozmowę.
— Jakąż jest suma, którą pan potrzebuje? — pytał Raclot.
— Pięćdziesiąt franków.
— Kiedyż mógłby mi pan je zwrócić?
— Za sześć miesięcy, gdy to lub tamto sprzedam.
— To dobrze, mogę panu tę sumę pożyczyć, pan zaś mi zwróci zamiast pięćdziesięciu sześćdziesiąt.
Naturalnie że procent wzrastał w miarę pożyczki.
Zresztą Mateusz Raclot wiedział dobrze z kim ma do czynienia, gdy się znalazł w obliczu osoby nie pewnej, lub któraby jego wymagania za zbyt wielkie uważała, odpowiadał krótko i węzłowato że pieniędzy nie ma. Mateusz rozpoczął swe lichwiarskie rzemiosło
Strona:PL É Richebourg Milion ojca Raclot.djvu/10
Wygląd
Ta strona została skorygowana.