Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/543

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Nor bert wytrzeszczył zdumione oczy; pomimo wytężonej uwagi, rozsądek jego nie był w stanie pojmować dokładnie wyjaśnień ojca.
— Ani ty, ani ja, mój synu, mówił dalej książę, nie będziemy widzieli w naszych skrzyniach kapitału, który by mógł dać taki dochód. Ale nasi potomkowie, jeżeli spodoba się Bogu, znajdą go tam. Męstwem i mieczem przodkowie nasi ufundowali potęgę naszego domu; do nas należy okazać się godnymi ich i utrwalić go pracą i oszczędnością.
Stary magnat przerwał sobie, mocno zdziwiony, iż tak rozwijał przedmiot własnych rozmyślań.
— Spełniłem moją powinność, zaczął znowu, spokojniejszym już tonem, teraz ty spełnij swoją. Nie miałem piętnastu tysięcy liwrów dochodu gdym się wziął do dzieła — a powiedziałem ci co mam teraz. Będziesz mnie naśladował. Ożenisz się z jaką bogatą dziewczyną, która ci da syna, wychowasz go surowo, jak ja ciebie wychowałem. Żyjąc tak jak ja, zostawisz mu do piętnastu miljonów. Niech on nas naśladuje, a zostawi swemu synowi fortune monarszą. Oto co powinno być, co będzie — bo tak trzeba, bo ja tak chcę.
Teraz Norbert zrozumiał i milczał, bo mu się zawracało w głowie od tak dziwnego zwierzenia.
— Trudny obowiązek wkładam na ciebie, mówił dalej książę, ale jest to obowiązek wszystkich naczelników znakomitych rodzin. Kto chce założyć wielki dom, ten powinien żyć w przyszłości a nie w teraźniejszości, powinien zapomnieć o sobie a myśleć o potomności. Tak ja robiłem. Istnieję, że tak powiem, dla moich potomków i przez nich. Żyję myślą o świetnem życiu, jakie im zgotujemy, i za które będą nam obowiązani.
Norbertowi zdawało się, że śni.
— Widziałeś mnie, mówił dalej książę Champdoce, jak przez całe godziny targowałem się o jednego nędznego luidora, bo mówiłem sobie, że luidor ten potomkowie moi rzucą kiedyś wspaniałomyślnie ze swej karety ubogiemu. Ze wszystkiego