targowym i zjedli śniadanie, składające się z kawałka słoniny i kwaśnego wina, we wspólnej sali, między parobkami i dwoma poganiaczami wołów, należycie podpiłymi.
Zjadłszy skromne śniadanie, książe kazał synowi czekać na siebie a sam wyszedł.
Norbert siadał na ławce przed oberżą, nieco zakłopotany tem, że pozostał sam pomiędzy tylu nieznajomymi ludźmi, gdy wtem uczuł, jak go ktoś trąca w ramię.
Zadrżał i odwróciwszy się nagle, znalazł się przed chłopcem tych samych co on lat, który zawołał głośno śmiejąc się:
— Cóż to nie poznajemy już dawnych przyjaciół?
Norbert musiał zamyśleć się na chwilę, nim sobie przypomniał tego przyjaciela. W końcu zawołał:
— Montlouis!
Ten Montlouis, syn jednego z dierżawców księcia Champdoce, był kolegą Norberta.
Dawniej często umawiali się, by razem wypędzać krowy na pastwisko, dnie przepędzali na wspólnej zabawie, stawianiu trzcinowych młynków na wodzie i wydzieraniu gniazd.
Dopiero od pięciu lat stracili się z oczu.
Norbert zawahał się z razu, z powodu ubioru swego kolegi. Montlouis miał na sobie mundur kolegium, w którym kończył nauki.
Podczas gdy wielki pan pracował nad tem, by ze swego syna zrobić wieśniaka, wieśniak ze swego zamierzał zrobić „pana.“ Norbert tak był zdziwiony, iż zapomniał języka w gębie.
— Co tu porabiasz? zapytał Montlouis.
— Czekam na ojca.
— Ja także. Mamy zatem dość czasu, by wypić filiżankę kawy razem.
I nie czekając na odpowiedź byłego kolegi, zaciągnął go do małej kawiarni.
— Gdyby bilard nie był zamówiony, rzekł
Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/537
Wygląd
Ta strona została przepisana.