Wyjechali bardzo rano w małym niewygodnym wózku, zawieszonym na czterech resorach.
W nogach ich leżało około czterdziestu tysięcy franków w srebrze, które tak ciężyły, iż resory gięły się i przy każdym wzgórku trzeba było wysiadać i iść piechotą. Norbert był rozpromieniony.
Od roku przeszło pałał chęcią widzenia Poitiers, od którego zamek Champdoce oddalony był tylko o pięć mil.
Tak często słyszał opowiadania o tem „pięknem mieście“, że począł doznawać jakiegoś nieokreślonego drżenia w miarę jak się ku niemu przybliżali.
Prawdę powiedziawszy, Poitiers nie należy właściwie do najweselszych miast Francji. Nie jeden uczeń szkoły prawa poziewa tam, lub wzdycha pomyślawszy o Paryżu. Bruk jest szkaradny, ulice wązkie i krzywe, domy wysokie i czarne, jakby stały od dziesięciu wieków. Ale Norbert był zachwycony.
Był to dzień targowy; zdumiewał go ruch i hałas panujący wśród tłumu. Być może iż nie przypuszczał nawet, by ziemia miała tylu mieszkańców.
Tak był zajęty, iż nie zauważył, że koń stanął sam, nie zatrzymywany, przed domem ozdobionym szyldem notarjusza. Ojciec musiał go wstrząsnąć, jak gdyby spał.
— Przyjechaliśmy! powiedział.
Wysiedli; ale myśli Norberta błąkały się po mieście.
Machinalnie dopomógł do wydobycia worków z pieniędzmi i nie dostrzegł, z jakiemi oznakami szacunku notarjusz wyszedł na ich spotkanie. Nie słyszał ani słowa z nieskończonej rozmowy tego urzędnika ze swym ojcem.
Nakoniec książewyszedł z bióra, zabrawszy z sobą syna.
Konia umieścili w wielkiej oberży przy placu
Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/536
Wygląd
Ta strona została przepisana.