Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/535

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

dziesięcią domami, merostwem, małym kościołem i wielką oberżą, było miejscem rozkosznem, pełnem gwaru i ruchu.
W życiu swojem nie przemówił do trzech obcych osób; liczni robotnicy, używani przez księcia Champdoce, zanadto obawiali się swego pana, by ośmielić się wymówić przed jego synem jedno słowo, któreby coś wyjaśniło mu, lub dało co do myślenia.
Tak wychowany, Norbert nie pojmował żadnego innego istnienia, oprócz swego własnego. Wstawać gdy kogut zapieje, pracować do nocy, pochyliwszy się nad skibą, a potem spać po dobrej wieczerzy, zdawało mu się jedynym celem człowieka na ziemi.
Miał jednak i rozrywki.
Niedzielne nabożeństwo było dla niego wielką uroczystością. Bawiło go patrzeć na odświętnie wystrojone grupy wychodzące z kościoła. Zachwycał się przystrojonym w pióra hełmem szarlatana, wychwalającego swój towar.
Od roku już młode wieśniaczki spoglądały na niego ukradkiem i czerwieniały po same uszy, gdy do nich przemówił; ale Norbert był zanadto naiwny by to zauważyć.
Nie miał najmniejszego wyobrażenia o życiu rzeczywistem, o świecie, towarzystwie; żadnego pojęcia o stosunkach ludzi między sobą, o wartości pieniędzy, o niczem.
Takim był Norbert, gdy jednego wieczora ojciec polecił mu, by się przygotował do wyjazdu nazajutrz razem z nim do Poitiers.
Dniem przedtem książe Champdoce otrzymał znaczne pieniądze za drzewo i od swoich dzierżawców; szło mu więc o umieszczenie ich, gdyż kapitałom swoim nie pozwalał próżnować.
Jeżeli postanowił, że syn będzie mu towarzyszył, to dla tego, że czuł konieczną potrzebę wtajemniczenia go w zarząd ogromnego majątku, który mu pozostawi, z obowiązkiem by go potroił.