Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/534

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

wałęsać się swobodnie, tarzać po murawie, babrać w błocie latem bosonogiemu, a zimą w sabotach słomą wysłanych.
Naprzód pasał krowy, uzbrojony długim prętem. Wychodził równo ze dniem, niosąc z sobą w koszyku przez ramię przewieszonym jadło na cały dzień.
Potem w miarę jak mu lat przybywało uczył się orki głębokiej i płytkiej, koszenia, siejby od ręki, obliczania od oka ile jaki grunt da zbioru, wreszcie targowania się.
Długo książe Champdoce wahał się czy ma swego syna uczyć czytać i pisać.
Jeżeli rozwiązał tę kwestję twierdząco, to zapewne namówiony do tego przez miejscowego proboszcza.
Wszystko szło dobrze, aż do dnia, w którym Norbert doszedł do lat szesnastu, albo raczej do dnia, w którym ojciec po raz pierwszy zabrał go z sobą do miasta Poitiers.
W szesnastym roku Ludwik Norbert Champdoce wydawał się dziewiętnastoletnim, i był młodzieńcem pięknym w całem znaczeniu tego słowa.
Miał wyraz twarzy zamyślony, właściwy skromnym pracownikom wiejskim, przywykłym do samotności, skupionym w sobie, pozostającym w ciągłem zetknięciu z naturą.
Ogorzała od słońca twarz jego błyszczała bogatem cieniowaniem starych brązów, włosy miał czarne, lekko faliste i wielkie niebieskie melancholijne oczy, oczy matki. Biedna kobieta! była to cała jej piękność.
Ciężka praca, do której był przyniewalany, nadała muskułom jego rzadką siłę, bez nadwerężenia jednak wrodzonej zgrabności; ręce, chociaż zgrubiałe, zachowały szcsególnie poprawne kształty.
Był to zresztą chłopak najzupełniej dziki.
Trzymany przez ojca w najściślejszej zawisłości, nigdy o milę nie oddalał się od zamku.
Dla niego miasteczko Bivron ze swemi sześć-