Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Zmysłowa piękność Róży mogła co najwięcej zachwycić zmysły tylko i rozniecić zachcianki libertyna.
Piękność Sabiny była z rodzaju tych, które po ciągają ku sobie idealnością i napawają rozkoszą, prawie niematerjalną tak głęboką.
Róża przykuwała ciało do ziemskiego błota; Sabina unosiła duszę do nieba.
Aby wydać zdanie o pannie Mussidan potrzeba było znać ją i poniekąd być jej godnym.
Dziewicza jej piękność nie była ani promienistą, ani oślepiającą. Wyraz łagodnej rezygnacji i powaga nieco wyniosła przycimniały jej blask. Mogła ona przejść niepostrzeżona, jak obraz Rafaela, kurzem pokryty w głębi jakiego wiejskiego kościoła.
Ale gdy się ją spostrzegło, nie można było nie zachwycić się tem dumnem czołem, uwieńczonem koroną włosów czarnych, miękkich i falistych, wielkiemi oczami łagodnemi, ustami cudnego rysunku, cerą tak przejrzystą, iż widać było żyłki pod skórą.
Dla swego portretu wybrała Sabina układ włosów, który oddawna już wyszedł z mody, ale w którym było jej nadzwyczaj pięknie i właśnie z powodu tego zaczesania, zapytała: „Czy mi tak do twarzy?“
— Niestety odpowiedział Andrzej, patrząc na panią uznaję moją bezsilność. Przed godziną, przypatrując się memu malowaniu, mówiłem sobie: Już wykończone. Teraz widzę, żem nic nie zrobił.
Odsunął firankę i portret Sabiny ukazał się w całem świetle.

Nie było to arcydzieło. Andrzej nie miał jeszcze dwudziestu czterech lat, a nim oddał się studjom, musiał zarabiać na chleb codzienny. Ale była to jedna z tych kompozycyj, nacechowanych potężną indywidualnością, których same błędy mają pewny wdzięk oryginalności, pociągający i uroczy.