Sabina po powrocie, pozwoliła Andrzejowi pisywać do siebie i odpowiadała mu bardzo punktualnie.
Później przystała na to, że się widzieli parę razy. W końcu, ustępując żywym naleganiom, zgodziła się przyjść do pracowni, zawsze w towarzystwie Modesty.
Należy jednak dodać do tego, że nigdy monarchini, odwiedzająca swoich wiernych poddanych, nie była przedmiotem takiego pełnego szacunku uwielbienia, jakie otaczało Sabinę w skromnej pracowni artysty.
Potrzeba było aby panna Mussidan miała najzupełniejszą i bezwzględną pewność, że będzie szanowaną nieograniczenie, ażeby zdecydować się przyjść do Andrzeja.
Pewna swej potęgi, nikogo się nie obawiała.
Wchodząc do tej pracowni, musiała czuć się jakby u siebie, jak dziewica w swej świątyni, jeszcze pachnącej wczorajszem kadzidłem.
To też widząc tę jej prostotę, spokój, naturalność, nikt nie przypuszczałby, że naraża się na krok najniebezpieczniejszy dla młodej dziewczyny.
Podawszy rękę Andrzejowi, rozwiązała powoli wstążki swego kapelusza, oddała go Modeście i zapytała:
— Czy mi tak do twarzy, mój przyjacielu?
Namiętny wykrzyknik, którym artysta odpowiedział na to zapytanie, wywołał uśmiech na jej usta i dodała wesoło:
— To jest, chcę powiedzieć: czy wyglądam tak jak należy dla portretu?
Sabina Mussidan była piękną; ale porównywać jej piękność z pięknością Róży, jak to uczynił Paweł, byłoby niedorzecznością i obelgą.