Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/140

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

— Wszystko się skończyło, odpowiedział Andrzej, wypędzają mię, odjeżdżam.
— Dokąd?...
— Sam nie wiem, odpowiedział z rozpaczliwą rezygnacją, będę posłuszny, oddalę się ztąd, a potem... pójdę, pójdę...
Czuł, że szał go opanowuje, chciał odejść; Sabina zatrzymała go.
— Więc pan rozpaczasz? zapytała.
Andrzej spojrzał na nią takim wzrokiem, iż przeraziła się i głuchym głosem odrzekł:
— Tak.
Nigdy Sabina nie była tak piękną. Oczy jej błyszczały ogniem najszlachetniejszej stanowczości, twarz miała wyraz szczytny.
— Gdyby jednak, tak zaczęła, gdybym wskazała panu, daleko... w przyszłości, nadzieję... cobyś pan zrobił wtedy?
— Co zrobiłbym zawołał Andrzej w uniesieniu — wszystko!... tak! wszystko co jest po ludzku możebnem dla człowieka uczciwego. Niech dokoła pani mnożą się przeszkody-ja je wywrócę, niech mi stawią najtrudniejsze warunki — ja je spełnię. Czy trzeba majątku? Ja go zarobię!... talentu?... świetnego nazwiska?... będę je mieć.
— Trzeba jeszcze czegoś innego, panie Andrzeju, o czem pan zapominasz — cierpliwości.
— Mam ją, pani; będę ją mieć! Czyż nie pojmujesz pani, że od jednego jej słowa mogę żyć trojakiem życiem szczęścia, oczekiwania i nadziei P...
Przy tych słowach panna Mussidan położyła rękę na ramieniu Andrzeja, a drugą podniosła do góry, biorąc niebo za świadka.
— W takim razie, rzekła, pracuj i miej nadzieję Andrzeju!... Gdyż przysięgam wobec Boga, iż będę twoją żoną, lub umrę. Jeżeli trzeba walki, to będę walczyć, bo ja cię...
Straszliwy łoskot w głębi przedpokoju przerwał jej mowę.