myślałam się, gdy wszyscy gadali już o panu i mojej siostrzenicy.
Andrzej zrobił poruszenie tak strasznej pogróżki, iż gdyby go widziało sześciuset mieszkańców Bivronu, to wszyscy by uciekli.
— O! zawołał, gdyby mi wpadł do rąk którykolwiek z tych nędzników!...
— No, no!... przerwała mu pani Chevauché, której to energiczne oburzenie spodobało się, czy nie myślisz pan uciąć wszystkie złe języki? Nic jeszcze złego nie stało się, a to rzecz główna; odjedź pan, zapomnij o mojej siostrzenicy.
Idź, zapomnij!... znaczyło to dla Andrzeja tyleż co „umrzyj!“
— Pani, tak zaczął tonem rozpaczy, wysłuchaj mię pani!... Jestem młody, mam odwagę!...
Rozpacz jego była tak wymowną, wzrok tak błagający, głos tak wzruszony, że stara dama, rozczulona, uczuła jak gorąca łza stoczyła się jej po pomarszczonej twarzy.
— Do czego mówisz mi pan to wszystko? zapytała. Czy Sabina jest moją córką? Wszystko co mogę uczynić, to że nie powiem nic ojcu mojej siostrzenicy o tej przygodzie. Boże wszechmocny! Gdyby Mussidan o tem wiedział! No, dość tego!... jestem tak wzruszona iż mogę stracić apetyt na dwa dni.
Andrzej wyszedł przytrzymując się ściany; zdawało mu się, że posadzka drży pod jego nogami jak pomost okrętowy. Myśli wirowały mu w głowie, jak suche liście podczas huraganu, w oczach ciemniało.
Ale w wielkim przedpokoju, przed salonem, uczuł, iż ktoś go bierze za rękę. Zrobił wysilenie, by zebrać myśli i spojrzał.
Nieruchoma i blada jak posąg marmurowy, stała przed nim Sabina.
— Wszystko słyszałam, panie Andrzeju, rzekła.
Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/139
Wygląd
Ta strona została przepisana.