Bo pani Chevauché bynajmniej im nie zawadzała.
Regularnie po obiedzie stara dama prosiła zawsze Andrzeja, by jej czytał gazetę i również regularnie przy dwudziestym lub trzydziestym wierszu, według tego jaka była pogoda, zasypiała głębokim snem, którego pod surową karą nie wolno była nikomu przerywać.
Wtedy Andrzej i Sabina wysuwali się na palcach, weseli i uśmiechnięci jak szkolarze, którzy zmylili czujność nauczyciela.
I szli na chybi-trafi. To wolnym krokiem przechadzali się po ogromnej alei pod cieniem stoletnich dębów, to biegali po słońcu pomiędzy skałami pod lasem Bivron.
To znowu, wsiadłszy do starej spróchniałej łodzi, którą Andrzej naprawił jak umiał, wypływali na nie wielką rzeczułkę, o brzegach umajonych liliami i sitowiem.
Tak upłynęły dwa miesiące, zachwycające, pełne uroku.
Dwa miesiące najczystszej i najwznioślejszej miłości, podczas kórych wszakże wyraz miłość nie przeszedł z serca do ust.
Walcząc długo przeciw namiętności, która, jak to czuł dotąd, była jego życiem, a która jednak nie miała wyjścia, Andrzej skończył na tem, iż nie chciał już zastanawiać się.
Zabronił sobie myśleć o przyszłości, jak suchotnik zabrania sobie myśleć o swej niemocy.
Przeczuwał uderzenie piorunu... ale czekając nań, co wieczór dziękował Bogu, iż mu jeszcze jeden dzień użyczył.
Nie, mówił sobie czasami, to za wielkie szczęście aby mogło być trwałem.
Nie było niem.
Zajęty myślami jak tu usprawiedliwić dłuższy swój pobyt w Mussidan, Andrzej, ukończywszy robotę, zamierzył obdarzyć stare zamczysko arcydziełem współczesnej sztuki.
Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/136
Wygląd
Ta strona została przepisana.