Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/135

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

wszystko się pomięszało. Dążymy do chaosu; czas mi już umrzeć.
Pomimo to Andrzej umiał zjednać sobie względy wdowy, a ponieważ nie brakło mu sprytu, uzupełnił swe zwycięstwo, wymalowawszy jej portret, który jeżeli był podobny, to niemniej przeto był strasznie podchlebiony.
Od tej chwili, przypuszczony do poufałości, nie obawiając się już być urażonym, on, dotąd tak ostrożny, stał się wynurzającym i rozmownym.
Nawet jednego razu, namówiony przez panią Chevauché, opowiedział swoja historje, po prostu, tak jak opowiadał ją Pawłowi, tylko z większemi szczegółami.
Opowiadanie to rozpłomieniło wyobraźnię młodej dziewczyny, nie powiemy romansowej, gdyż byłoby to przesadą, ale pełnej rycerskości.
Sabinę zachwyciło to ciche i niewidzialne bohaterstwo, jedyne możebne i prawdziwe w naszych czasach. Zdumiała ją energia tego człowieka, który dziecięciem rzucony w straszliwy wir świata, umiał zająć w nim pewne stanowisko. Uwielbiała tę wielkość, geniusz, ambicję. Widziała w nim, i słusznie, ową istotę wyższą, o jakiej marzą młode dziewczęta.
Jednem słowem kochała go i ośmieliła się przyznać do tego przed sobą.
Czyż losy ich, pozornie tak różne, nie były w rzeczy samej jednakie?
Między ojcem i matką, którzy oboje z jednakowym wstrętem uciekali przed domowem ogniskiem, Sabina czuła się tak samo jak i Andrzej opuszczona.
W takiem położeniu dnie upływały im szybciej aniżeli sekundy.
Zapomnieni, że tak powiemy, przez cały świat, w głębi tego samotnego zamku byli wolni jak powietrze.