Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/134

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

lające go od tej młodej dziewczyny z tak wielkiego domu i tak bogatej — i przeraził się.
— Trzeba uciekać! zawołał, uciekać prędko, bez dalszego namysłu, nie oglądając się; tu mi nie dobrze.
Mówi się to z najlepszą w świecie wiarą, robi się postanowienie, a potem... pozostaje się w miejscu. Tak też zrobił i Andrzej.
To prawda, że, jak wszędzie, tak i tu, traf zdawał się wmięszać.
Zamek Mussidan leży w dość znacznej odległości od ludniejszych punktów. By dojść do najbliższej wioski, przechodzić trzeba część lasu Bivron. Gdy Andrzej przybył do Mussidan, postanowiono zatem, że będzie się stołował w zamku.
Jadał sam, w godzinach, które sam sobie wybrał, w wielkiej sali; posługiwał zaś mu służący pani Chevauché.
Wkrótce odosobnienie takie Sabina znalazła w najwyższym stopniu niewłaściwem, poczytywała je za upokorzenie najniesłuszniejsze.
— Dia czego pan Andrzej nie jada z nami? zapytała ciotki. Wszak bezwątpienia ma on nierównie więcej ogłady, aniżeli wiele osób, które przyjmujemy.
Stara dama zgodziła się na to. Dziwnem się jej jednak wydawało przypuszczanie do swego stołu młodego człowieka, który wylazłszy na drabinę obrabiał kamienie za dzienną płacę; ale sama tak się nudziła!...
Bezzwłocznie zaproszony, Andrzej przyjął zaproszenie, a starej damie zdawało się, że spada ze swej wysokości, gdy w obiadową godzinę ujrzała wchodzącego gościa, który z obejścia się i zachowania poczytany być mógł za jakiegoś gentlemana, bawiącego na wsi.
— To nie do uwierzenia, mówiła idąc spać, do swej siostrzenicy, ten kamieniarz ma minę jakby jaki wielki pan. Wyraźnie nadchodzi koniec świata: nie masz żadnych przedziałów społecznych;