— Ależ, pani...
— Ts!.. Chcesz mi zrobić przykrość? No, idźmy, czeka na mnie.
Tak jest, była oczekiwana z rozkoszną niespokojnością, z niebiańską trwogą dwudziestoletnią.
Od samego wyjścia Pawła, Andrzej nie mógł usiedzieć na jednem miejscu: w każdej sekundzie widział całą wieczność. Drzwi od pracowni pozostawił otworem i każden raz, usłyszawszy szmer, wybiegł na schody.
Nakoniec rzeczywiście usłyszał szmer harmonijny jak niebiańska muzyka — szelest sukni ukochanej kobiety.
Pochyliwszy się na poręcz spojrzał na dół; to ona... tak jest... idzie na drugie piętro... nakoniec wchodzi do niego, do jego pracowni, od której zamknął za nią drzwi.
— Dzień dobry, Andrzeju, rzekła, podając mu rękę; widzisz pan jak jestem punktualna.
Blady ze wzruszenia, drżąc jak listek, Andrzej ze czcią przycisnął do ust podaną sobie rękę mówiąc:
— Panno Sabino!... O! jak pani dobra!... dziękuję!
Była to rzeczywiście Sabina, jedyna dziedziczka starożytnego i dumnego rodu Mussidauów. Ona to znajdowała się u Andrzeja, podrzutka ze szpitala Vendome.
Ta sama Sabina, młoda dziewczyna z natury trwożliwa, wychowana w całym szacunku towarzyskiej konwencjonalności. Ona to narażała obecnie to, co poczytywała za rzeczy najdroższe w świecie: swój honor i reputację.
Ona to, przezwyciężając przesądy wychowania swego i rodu, ośmielała się przekroczyć straszliwą przepaść, oddzielającą salon przy ulicy Matignon od pracowni przy ulicy La Tours d’Auvergne.
Zdarzają się takie zuchwalstwa, które rozum
Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/131
Wygląd
Ta strona została przepisana.