Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/130

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Gdy obie kobiety weszły, zamiast usunąć się, by je przepuścić, pani Poileveu wyszła. Miała ona swój zamiar.
— Brzydka pogoda, prawda? powiedziała powożącemu. W zimie nie bardzo wygodnie siedzieć na koźle.
— Nie mów mi pani o tem, odpowiedział zapytany, nóg nie czuję od zimna.
— Pewno dwie te damy przyjechały zdaleka?
— Okropnie wziąłem je na Polach Elizejskich, koło alei Matignon.
— Tęgi kurs!
— A tęgi i cztery sous na piwo. To prawdziwe nieszczęście!... Nie mów mi pani o uczciwych kobietach!
— O!... uczciwych!...
— Za to ręczę. Inne dają więcej — znam się na tem.
I jednocześnie zadowolony tem, że przekonał o swej domyślności, zaciął konie i odjechał.
Pani Poileveu powróciła do swego pokoiku na pół zadowolona.
— Przynajmniej wiem, mruknęła, w jakiej dzielnicy mieszka księżniczka. Nie na wiele to się przyda, ale zawsze!... następny raz, zaofiaruję cokolwiek służącej, tak, coś z łakociów i wygada mi wszystko.
Złudną nadzieją pocieszała się pani Poileveu.
Służąca ta, całkiem oddana swej pani, była oburzona uporczywem wpatrywaniem się odźwiernej; poczytywała to za straszne zuchwastwo.
Zagniewana odgrażała się, iż opowie wszystko panu Andrzejowi, który megerę tę nauczy respektu.
Ale na jedną myśl skargi, młoda dama tak się przeraziła, że stanęła i zwróciwszy się do służącej rzekła:
— Zabraniam ci to, Modesto, nie pozwalam ci mówić o tem ani słowa panu Andrzejowi.