Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Niewolnicy paryscy.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Mówił i mówił bez końca, tem bardziej ożywiając się, iż prawie tuż pod ręką dostrzegł fotografie, przedstawiającą młodą kobietę.
Korzystając z roztargnienia Andrzeja, wziął ją, popatrzył czas jakiś, potem powiedział:
— A!... śliczna osoba!
Usłyszawszy to, malarz poczerwieniał jak ogień, usta mu drgnęły i z niesłychaną gwałtownością wyrwawszy fotografię z rąk Pawła, włożył ją w książkę.
Nagły ten ruch tak wymownie zdradzał ogromny gniew, że protegowany Mascarota wstał bardzo wzruszony. Najmniej minutę dwaj młodzi ludzie stali naprzeciw siebie w milczeniu, mierząc się wzrokiem jak dwaj śmiertelni nieprzyjaciele.
Zaledwie byli sobie znani; wypadek, który ich zbliżył, miał teraz rozłączyć; a jednak każden z nich przeczuwał niejasno, że będzie mieć na drugiego wpływ decydujący w życiu.
Andrzej, umiejący lepiej panować nad sobą, pierwszy się opamiętał.
— Przepraszam pana, powiedział, sam źle robię, iż kładę na wierzchu przedmioty, które powinny być starannie przechowane.
Paweł uchylił się, jako człowiek przyjmujący to wyjaśnienie; malarz dodał:
— Ufność ta pochodzi ztąd, iż przywykłem przyjmować u siebie tylko przyjaciół. Dziś zdarzył się wyjątek nieprzewidziany...
Ruchem Paweł przerwał artyście:
— Wierz mi pan, powiedział tonem, który chciał uczynić obrażającym, że bez wielkiej konieczności, wiadomej panu, nie ośmielilbym się przychodzić do pana.
To rzekłszy wykręcił się na piętach i wyszedł zatrzasnąwszy drzwi za sobą.
— Eh!... idź do wszystkich djabłów, niedyskretny głupcze, mruknął Andrzej; bo przecież byłbym sam zmuszony wyrzucić cię za drzwi.

Paweł strasznie zagniewany opuścił pracownię.