W poniedziałek zrana, o godzinie dziewiątej, pan Daburon zamierzał wyjechać do pałacu Sprawiedliwości, gdzie spodziewał się zastać Gevrola, odszukanego marynarza, a może i ojca Tabareta.
Właśnie ukończył przygotowania, gdy wszedł służący oznajmiając, że jakaś młoda dama przyszła w towarzystwie drugiej, starszej, i chce z sędzią pomówić.
Nie chcąc wymienić swojego nazwiska, oświadczyła, że uczyni to tylko wtedy, gdyby od tego zawisło widzenie się z panem Daburon.
— Proś ją, — odpowiedział sędzia.
Sądził, że musi to być jakaś kuzynka jednego z obżałowanych, których miał u siebie w śledztwie przed odkryciem zbrodni w Jonchère. W duszy przyrzekał sobie, że jak najprędzej załatwi się z nieproszonym gościem.
Stał obok kominka i szukał potrzebnego adresu w kosztownej skrzynce, wypełnionej po wierzch biletami wizytowemi. Łoskot otwierających się drzwi i szelest jedwabnej sukni, ślizgającej się po woskowanej posadzce, bynajmniej go nie rozciekawiły; nawet nie raczył odwrócić głowy.
Ale w tej samej chwili cofnął się przestraszony, jak gdyby przed sobą ujrzał straszne widziadło. Zmieszany wypuścił z rąk skrzyneczkę, która padając na marmurowy wierzch kominka, rozpękła się na dwoje.