malowała się pewna duma, którą nie jeden mógł wziąć za pogardę, duma — będąca naturalnym wynikiem uczucia, jakie w szlacheckiej piersi musiało się obudzić po doznanej zniewadze. W nim widziało się człowieka pewnego siebie, którego nieszczęście może wzruszyć, ale nie obalić.
Na widok tego zachowania się, sędzia w lot zrozumiał, że trzeba zmienić baterje. W obżałowanym przeczuł jedną z tych natur, które gwałtownemu napadowi przeciwstawiają energiczny opór — i które z politowaniem słuchają pogróżek. Widząc, że go nie przestraszy, chciał go rozczulić. Jest to taktyka pocieszna, ale prawie zawsze skuteczna, bo przecież i w teatrze robią wrażenie płaczliwe sceny. Winowajca, który nie uląkł się pogróżek, widzi się bezsilnym wobec przesadnej pobłażliwości, która o tyle bywa wielką, o ile jest nieszczerą. A udana tkliwość była sławą pana Daburona. Ileż to zeznań udało mu się wydrzeć przy pomocy kilku łez krokodylich! Nikt nie umiał tak zręcznie trącać o tajemnicze struny honoru, miłości i uczucia rodzinnego, które brzmią nawet w głębi serc najzepsutszych.
Wobec Alberta stał się słodkim i miłosiernym, współczującym żywo ogrom jego nieszczęścia. Biedny! ileż musiał wycierpieć, on, którego całe życie było dotychczas jakby jednym snem czarodziejskim! Ileż gruzów dokoła niego!... Któżby to był przeczuł wówczas, kiedy był jedyną nadzieją możnej rodziny? Odgrzebując przeszłość, sędzia zatrzymywał się przy tkliwych wspomnieniach pierwszej młodości i rozżarzał węgle wygasłych uczuć. Nadużywając wszystkich szczegółów, jakie zebrał z ostatnich lat obżałowanego, dręczył go najboleśniejszemi aluzjami o Klarze. Dla czegóż sam chce dźwigać brzemię swojego nieszczęścia — alboż nie ma istoty, któraby choć w części mogła mu je osłodzić? Dla czegóż milczy uporczywie? Czyż nie powinien starać się uspokoić tę, której życie jest złączone z jego życiem? Czegóż potrzeba, aby tego dopiąć? Jednego słowa... Wtedy, jeśli już nie całkiem wolny, byłby przynajmniej zwrócony światu, kaźnia stałaby się znośniejszą, przyjaciele nie omieszkaliby go odwiedzać, wtedy mógłby widzieć się z każdym i mówić nawet z Klarą...
To nie sędzia mówił, ale kochający ojciec, który w swojem sercu znajduje zawsze dla dziecka nieprzebrane skarby pobłażliwości.
Strona:PL É Gaboriau Gdzie winowajca.djvu/245
Wygląd
Ta strona została skorygowana.