Przejdź do zawartości

Strona:PL É Gaboriau Gdzie winowajca.djvu/244

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Trzy albo cztery dni, — szepnął, — to trzy albo cztery wieki dla człowieka, zamkniętego w więzieniu. Dobrze mu mówić!... W tym czasie muszę wyjaśnić prawdę.
Pan Daburon spodziewał się także w trzech lub czterech dniach albo wydrzeć zeznanie z Alberta, albo co najmniej zmusić go do odstąpienia od pierwotnego systemu obrony. Przedewszystkiem potrzebował znaleźć świadka, któryby mógł zaprzysiądz, że we wtorek wieczór widział Alberta za miastem. Tego rodzaju zeznanie wydało mu się tak niezbędnem i roztrzygającem, że niezwłocznie po wyjściu Tabareta, zwrócił w tym kierunku wszystkie swoje usiłowania.
Pięciu najzręczniejszych ajentów policyjnych wysłał do Bougival, zaopatrzywszy każdego w sporą liczbę fotografji Alberta. Obowiązkiem ich było wstąpić do każdego domu między stacją Reuil, a wioską Jonchère, szukać, dowiadywać się i śledzić. Fotografje mogły im ułatwić trudne zadanie. Mieli je pokazać wszędzie i wszystkim, a w samej wiosce Jonchère mogli ich zostawić nawet cały tuzin. Nie podobna było przypuścić, aby bądź na dworcu kolei żelaznej, bądź na gościńcu lub na drożynie, biegnącej wzdłuż Sekwany, nie zdybał nikt we wtorek tajemniczego przybysza.
Po wydaniu tych rozkazów, sędzia śledczy wrócił do gabinetu i kazał przywołać obżałowanego.
Jeszcze zrana wręczono mu dokładne sprawozdanie z ruchów i słów więźnia; ale w protokole nic nie świadczyło o winie Alberta. Wprawdzie był bardzo smutny, lecz nie złamany. Nie krzyczał, nie groził, nie złorzeczył sprawiedliwości, a nawet nie mówił o swojem nieszczęściu. Zjadłszy skromny obiad, zbliżył się do okna sali, gdzie wsparty na łokciu, przestał długą godzinę. Następnie położył się na łóżko i spał bardzo spokojnie.
— Co za żelazna organizacja! — myślał pan Daburon, gdy oskarżony wchodził do jego gabinetu.
Albert nie był w niczem podobny do nieszczęśliwego człowieka z dnia poprzedniego, który ogłuszony mnogością zarzutów, mieszał się pod natrętnemi spojrzeniami sędziego śledczego i był blizkim omdlenia. Winny czy niewinny, postanowienie jego było już niezłomne. Jego twarz nie podsuwała pod tym względem żadnej wątpliwości. W jego oczach obok zimnego postanowienia,