Chociaż sędzia, znużony całodziennem wypytywaniem świadków i obżałowanego, odprawił z kwitkiem ojca Tabareta, tenże nie uważał bitwy za przegraną. Nasz poczciwiec był uparty jak muł; było to jego błędem albo zaletą.
Po zbytniej rozpaczy, której ulegał na korytarzu, nastąpiło wkrótce niezłomne postanowienie, będące entuzjazmem niebezpieczeństwa. Uczucie obowiązku wzięło nad nim górę. Czy godzi się tracić odwagę w chwili, kiedy życie człowieka wisi na włosku? Bezczynność byłaby zbrodnią! On sam wtrącił niewinnego w bezdenną przepaść, a więc on sam powinien go ocalić, chociażby cały świat odmówił mu swojej pomocy.
Ojciec Tabaret, tak samo jak sędzia, upadał ze znużenia. Dostawszy się na świeże powietrze, uczuł, że mu sił zabrakło. Wrażenia dnia zabiły w nim głód, mimo, że od dwudziestu czterech godzin nie miał w ustach ani kropli wody. Wstąpiwszy do jednej z najbliższych restauracji, kazał sobie podać obiad.
W miarę jak jadł, wzmagały się w nim nieznacznie odwaga i ufność. Stosowna była teraz chwila zawołać: „Biedna ludzkości!“ Ale nasz poczciwiec nie tracił nadziei. Miałażby go zdradzić zwykła przenikliwość? Nie, nigdy! Albo nie miał jeszcze dosyć czasu przed sobą? A w miesiącu czego nie dokaże człowiek zręczny! Żałował tylko, że nie podobna było ostrzedz Alberta, iż znalazł się człowiek, który dla niego pracuje.