Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/347

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


KUBUŚ. — Czy nie miałeś pan najoczywistszego dowodu, że działamy po największej części bezwolnie? Ot, powiedz pan, z ręką na sumieniu: ze wszystkiego, coś uczynił lub rzekł od pół-godziny, czy chciałeś pan cokolwieczek? Czyś pan nie był moją marjonetką, i czybyś, w dalszym ciągu, nie był moim pajacem przez miesiąc bodaj, gdybym tak sobie ułożył?
PAN. — Jakto! to była zabawa?
KUBUŚ. — Zabawa.
PAN. — Spodziewałeś się przerwania rzemienia?
KUBUŚ. — Przygotowałem je.
PAN. — I to była ta nitka arlekina, którą umocowałeś mi nad głową, aby wytrząsać mną wedle zachcenia?
KUBUŚ. — Najzupełniej!
PAN. — I twoja bezczelna odpowiedź była z góry ułożona?
KUBUŚ. — Ułożona.
PAN. — Ty jesteś niebezpieczne ladaco.
KUBUŚ. — Powiedz pan raczej, iż, dzięki memu kapitanowi, który uczynił sobie jednego dnia podobną zabawkę moim kosztem, jestem człowiekiem umiejącym subtelnie rozumować.
PAN. — A gdybym się był skaleczył?
KUBUŚ. — Było napisane w górze i w mojej przezorności, że się to nie stanie.
PAN. — No, teraz siadajmy; należy nam się wypoczynek.
Usiedli, Kubuś zaś rzekł: „Niechże djabli porwą bałwana!
PAN. — Mówisz o sobie?