Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/346

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Skoro się doszło do kolana, nie wiele już drogi pozostaje do reszty.
— Mój dobry panie, Dyzia miała udko dłuższe niż każda inna.
— Bądź co bądź, zesiądźmy.
Zsiedli z koni; Kubuś zeskoczył pierwszy, i, z niezwykłą szybkością znalazł się przy siodle pana. Zaledwie ten stanął nogą w strzemieniu, rzemień przerwał się i jeździec byłby runął całym ciężarem na ziemię, gdyby sługa nie chwycił go w ramiona.
PAN. — No, Jakóbie, ty ładnie się o mnie troszczysz! Mało brakowało, a byłbym sobie przetrącił żebro, złamał rękę, rozwalił głowę, zabił może?
KUBUŚ. — Wielkie nieszczęście!
PAN. — Co ty mówisz, gałganie? Czekaj, czekaj, ja cię nauczę...“ I pan, okręciwszy rzemyk od szpicrózgi koło garści, zaczął uganiać za Kubusiem. Kubuś biegał dokoła konia pękając od śmiechu; pan wyklina, złorzeczy, pieni się z wściekłości i biega też dokoła konia, zionąc tysiącem obelg na Kubusia. I trwał ten wyścig tak długo, aż wreszcie obaj zlani potem i wyczerpani, zatrzymali się: jeden z jednej strony konia, drugi z drugiej, Kubuś dysząc i parskając śmiechem, pan dysząc i rzucając nań wściekłe spojrzenia. Skoro nieco nabrali tchu, Kubuś rzekł: Czy wielce szanowny pryncypał przyzna mi teraz słuszność?
PAN. — Owszem, przyznam ci słuszność, psie, łajdaku, bezecniku, że jesteś najgorszym z lokai, a ja najnieszczęśliwszym ze wszystkich panów na świecie.