Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— To niepojęte! bo, ostatecznie, ty nie jesteś byle ciemięga! Jakto! nie miała z tobą ani najmniejszej chwili słabości?
— Nie.
— Musiała być taka chwila, tylkoś może nie spostrzegł jej i zmarnował. Boję się, czyś w tem wszystkiem nie był trochę dudkiem; ludzie uczciwi, delikatni i sercowi, jak ty, skłonni są do tego.
— Ale ty, kawalerze, rzekłem, co ty tam robisz?
— Nic.
— Nie masz żadnych pretensyj?
— Phi! miałem je i to nawet dość długo; ale cóż? ty przybyłeś, ujrzałeś i zwyciężyłeś. Spostrzegłem się, iż panienka patrzy na ciebie zbyt chętnie, a na mnie wcale: zwinąłem tedy poprostu chorągiewkę. Zostaliśmy dobrymi przyjaciółmi; zwierza mi się ze swemi panieńskiemi głupstewkami, słucha czasem moich rad; ot, w braku lepszej, zgodziłem się na rolę komparsa, do jakiej mnie zepchnąłeś.
KUBUŚ. — Panie, dwie uwagi: jedna, to że mnie nie udało się nigdy prowadzić przez jakiś czas mojej historji, żeby ten czy inny djabeł jej nie przerwał, pańska zaś idzie jak po maśle. Oto losy życia; jeden biegnie wśród samych cierni i nie ukłuje się; drugi darmo spogląda przy każdym kroku pod nogi, napotka ciernie na najgładszej drodze i dobije się do legowiska odarty i pokaleczony.
PAN. — Czy zapomniałeś swej przyśpiewki: a wielka wstęga, a pismo nakreślone w górze?
KUBUŚ. — Druga rzecz, to że trwam nadal w przekonaniu, iż kawaler de Saint-Ouin jest wielkim