Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/272

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Matka, doprowadzona do rozpaczy wrzaskiem, rzekła: „Moje dziecko, czemu tak krzyczysz?
— Bo chcą, żebym powiedział A.
— A czemuż nie chcesz powiedzieć A?
— Bo skoro tylko powiem A, zaraz zechcą żebym powiedział B...“
Owóż, skoro tylko powiem panu imię małego człowieczka, będę zmuszony powiedzieć i resztę.
PAN. — Może.
KUBUŚ. — Napewno.
PAN. — No, Kubusiu, Kubusieczku, powiedz, kto był mały człowieczek. Umierasz z ochoty, nieprawdaż? Ulżyj sobie.
KUBUŚ. — Było to coś w rodzaju karła, garbaty, kulawy, jąkała, ślepy na jedno oko, zazdrosny, lubieżny, zakochany (być może z powodzeniem) w Zuzi. Był to wikary z naszej wioski.
Kubuś podobny był do dziecka straganiarki jak dwie krople wody, z tą różnicą, że, od czasu jak go bolało gardło, trudno go było doprowadzić do powiedzenia A, ale, skoro raz ruszył z miejsca, jechał już sam z siebie do końca alfabetu.
„Byłem tedy w spichlerzu Zuzi, sam na sam z nią.
PAN. — I nie byłeś tam bez kozery?
KUBUŚ. — Nie. Naraz zjawia się wikary; wpada we wściekłość, łaje, pyta rozkazującym tonem Zuzię co robi sam na sam z najrozpustniejszym chłopakiem z całej wsi, w najodleglejszym zakątku domostwa.
PAN. — Widzę, że miałeś już reputację.
KUBUŚ. — Dosyć dobrze zasłużoną. Wpadł w szczerą furję; do tych słów dadał parę innych, jeszcze mniej pochlebnych. Z kolei ja wpadam