Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/266

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nic, nic; wiesz dobrze o czem myślę. Oszukaj mnie tak samo od czasu, do czasu, a przebaczę ci...“ Związałem wiklinę, wziąłem na plecy, i wróciliśmy każde do siebie, do domu.
PAN. — Bez małego odpoczynku w drodze?
KUBUŚ. — Bez.
PAN. — Tak niedaleko było z pastwiska do wsi?
KUBUŚ. — Nie dalej niż ze wsi do pastwiska.
PAN. — Tylko tyle była warta?
KUBUŚ. — Była może warta więcej, dla kogo innego, w innym dniu: każda chwila ma swoją cenę.
W jakiś czas potem, pani Małgorzata (była to żona drugiego kpiarza) miała zboże do zmielenia i nie miała czasu iść do młyna; przyszła prosić mego ojca, aby pozwolił jednemu z synów ją wyręczyć. Ponieważ byłem najroślejszy, nie wątpiła iż wybór padnie na mnie, co się też stało. Pani Małgorzata wychodzi; ja za nią; ładuję worek na osła i prowadzę go sam do młyna. Zboże zmielono, i oto wracamy do domu, osieł i ja, dość smutno, ponieważ myślałem że wrócę z kwitkiem za swoje trudy. Myliłem się. Pomiędzy wsią a młynem znajdował się mały lasek; tam ujrzałem panią Małgorzatę siedzącą na kraju drogi. Zaczynało się zmierzchać. „Kubusiu, rzecze, jesteś wreszcie! Czy wiesz, że już całą śmiertelną godzinę czekam na ciebie?...
Czytelniku, jesteś zanadto skrupulatny. Zgoda: „śmiertelna godzina“ jest dla pań z miasta; „dobra godzina“ dla pani Małgorzaty.
KUBUŚ. — Ano było mało wody, młyn szedł powoli, młynarz był pijany, i, choć spieszyłem jak mogłem, nie mogłem być gotów wcześniej.