Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kiedy ojciec chrzestny był na progu, rodzony mój, klepiąc go lekko po ramieniu, mówił: „Byczku, mój przyjacielu, czuję w tem wszystkiem jakieś szelmostwo. Nasze chłopaki, to dwa szczwane lisy; boję się że dziś wzięli nas grubo na kawał; ale z czasem oliwa wyjdzie na wierzch. Bywaj, kumie.
PAN. — A jakże się skończyła sprawa pomiędzy Byczkiem juniorem a Justysią?
KUBUŚ. — Tak jak musiała. On się pogniewał, ona jeszcze mocniej; rozpłakała się, on się rozczulił; przysięgła, że jestem najwierniejszym z przyjaciół; ja przysiągłem, że jest najuczciwszą dziewczyną we wsi. Uwierzył, przeprosił, kochał i cenił nas odtąd tem więcej. I oto początek, środek i koniec utraty mego klejnotu. A teraz, panie, radbym, aby mi pan wyłożył sens moralny całej tej głupiej historji.
PAN. — Lepiej poznać kobiety.
KUBUŚ. — I panu było trzeba tej nauki?
PAN. — Lepiej znać przyjaciół.
KUBUŚ. — I pan wierzyłeś kiedy, iż znajdzie się choć jeden, zdolny stawić czoło pańskiej żonie lub córce, jeśli zagięła nań parol?
PAN. — Lepiej znać ojców i dzieci.
KUBUŚ. — Ech, panie! od wieków i po wsze wieki będą kolejno jedni drugich wystrychiwać na dudków.
PAN. — To co mówisz, to wszystko wiekuiste prawdy, ale których nie można powtarzać nazbyt często. Jakabądź będzie powiastka którą przyrzekłeś mi jeszcze, bądź pewien iż głupiec jeno nie doszuka się w niej nauki: jedź więc dalej.