Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/256

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


PAN. — Kubusiu, ten człowiek wyznawał zdrowe zasady.
KUBUŚ — Odpowiedziałem, że nie czuję potrzeby i chęci jedzenia ani picia, jeno upadam ze znużenia oraz bezsenności. Stary Byk, który, za młodych lat, nie lada komu dałby się zawstydzić, uśmiechnął się pod wąsem i dodał: „Chrzestny synaczku, musiała być ładna i nie żałowaliście sobie. Słuchaj: Byczek wyszedł z domu, drap-że się na górę i kładź na jego łóżko... Ale jedno słowo, zanim powróci. Żyjecie w przyjaźni; otóż, kiedy zobaczycie się w cztery oczy, powiedz mu, że jestem niezadowolony, bardzo niezadowolony. Ta szelma Justysia, którą musisz znać (któryż bowiem chłopak we wsi jej nie zna?), rozwłóczyła mi go na nic; oddałbyś mi prawdziwą przysługę, gdybyś go odstręczył od dziewuchy. Przedtem, był to chłop jak malowanie; owóż, od czasu jak wdał się w tę nieszczęśliwą znajomość... ale ty ani słuchasz; oczy ci się kleją: idź-że, idź na górę i spocznij sobie.“
Wchodzę, rozbieram się, podnoszę kołdrę i prześcieradło, macam wszędzie, niema Justysi. Tymczasem Byk, mój chrzestny ojciec, mamrotał: „O, dzieci, przeklęte dzieci! a ten znowu, nie gotujeż on zgryzoty swemu ojcu?“ Nie znalazłszy Justysi w łóżku, domyśliłem się, że musi być pod łóżkiem. Na górce było zupełnie ciemno. Schylam się, szukam rękami, napotykam ramię, chwytam, ciągnę ku sobie; wysuwa się z pod legowiska cała drżąca. Ściskam ją, ośmielam, daję znaki aby się położyła. Składa ręce, rzuca mi się do nóg, obejmuje za ko-