Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/239

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


szcie, przybyli. Komisarz wysiada, puka do drzwi, raz, drugi, trzeci; wkońcu otwierają. Posyła uwiadomić superjora Hudsona, który każe na siebie czekać przynajmniej pół godziny, aby dać zgorszeniu pełną okazałość. Zjawia się wreszcie. Komisarz szepce mu do ucha; wygląda tak, jakby komisarz coś przedkładał, Hudson zaś szorstko odrzucał prośbę. Wkońcu, przybierając twarz surową i głos stanowczy, ojciec superjor rzekł: „Niema rozwiązłych zakonników w moim domu; to jacyś dwaj obcy ludzie, może przebrani oszuści; nie znam ich: czyń pan z nimi, co mu się podoba.“
Na te słowa, brama się zamyka; komisarz wraca do pojazdu i powiada nieborakom, nawpół żywym ze wzruszenia: „Zrobiłem, co mogłem; nigdybym nie przypuszczał, aby ojciec Hudson był taki twardy. Ale też, po kiego licha włóczyć się po dziewczętach?
— Jeśli ta, z którą nas pan zastałeś, jest istotnie osobą złego prowadzenia, z pewnością nie chęć rozpusty zawiodła nas do niej.
— Och, och, moi ojcaszkowie, staremu komisarzowi mówicie takie rzeczy! Któż wy jesteście?
— Jesteśmy zakonnicy; mamy pełne prawo do sukni jaką nosimy.
— Pomyślcie, że jutro wasza sprawa musi się wyjaśnić; mówcie prawdę: mógłbym wam może w czem usłużyć.
— Powiedzieliśmy prawdę... Ale gdzie my jedziemy?
— Do Châtelet.
— Jakto! do więzienia?
— Bardzo na tem boleję.“