Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/198

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


schroniła się do swych pokoi i zamknęła na klucz; żona oczekiwała go sama. Za zbliżeniem małżonka, wyczytała na jego twarzy wściekłość jaka nim miotała. Rzuciła mu się do nóg, z twarzą przytuloną do posadzki, nie mówiąc słowa: „Precz stąd, niegodna! rzekł; zdala ode mnie.“ Chciała powstać; ale upadła na twarz u stóp margrabiego, z rozkrzyżowanemi ramionami. „Panie, rzekła, depcz po mnie, zgnieć mnie, zasłużyłam na to; uczyń ze mną wszystko co ci się podoba; ale zlituj się nad moją matką...
— Oddal się pani, rzekł margrabia; oddal się! dość hańby jaką mnie okryłaś; oszczędź mi bodaj zbrodni...“
Biedna istota trwała w tej postawie, nie odpowiadając słowa. Margrabia siedział w fotelu, z głową ukrytą w dłoniach, nie patrząc na nią i wykrzykując od czasu do czasu: „Oddal się, pani!...“ Milczenie i bezwład nieszczęśliwej zaskoczyły go; powtórzył głosem jeszcze bardziej stanowczym: „Proszę się oddalić; czy mnie pani nie rozumiesz?“ Następnie schylił się, trącił ją gwałtownie; poznawszy, iż była bez czucia i nawpół nieżywa, podniósł ją, ułożył na kanapie, obrzucając spojrzeniem, w którem malowało się kolejno współczucie i gniew. Zadzwonił: wbiegła służba; zawołano pokojowe, margrabia rzekł: „Pani zrobiło się słabo, zanieście ją do jej apartamentów i udzielcie pomocy...“ W parę chwil potem, posłał tajemnie zasięgnąć wiadomości o jej stanie. Powiedziano mu, iż ocknęła się z pierwszego omdlenia; ale napady następowały po sobie tak szybko, były tak częste i długie, iż nie