Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Niech zginę, jeśli pani nie zarywasz już o dewocję!
— Wielkie nieszczęście! To życie, to tak niewiele, kiedy się je porówna z wiecznością która nas czeka.
— Ależ pani już mówisz jak istny misjonarz.
— Mówię jak kobieta przekonana. Ejże, margrabio, odpowiedz mi szczerze: czy wszystkie bogactwa nie byłyby lichymi łachmanami w naszych oczach, gdybyśmy bardziej byli przeniknięci oczekiwaniem dóbr i obawą cierpień przyszłego życia? Uwieść młodą dziewczynę, albo kobietę przywiązaną do męża, z tem uczuciem że można umrzeć w jej ramionach i popaść nagle w męczarnie bez końca, wyznaj iż byłoby to najniesłychańszem szaleństwem.
— Dzieje się to wszelako codziennie.
— Dlatego, że ludzie nie mają wiary, że oszałamiają samych siebie.
— Dlatego, iż wierzenia religijne mały mają wpływ na obyczaje. Ale, moja przyjaciółko, przysięgam ci, iż pędzisz całą siłą w stronę konfesjonału.
— To najlepsze co mogłabym uczynić.
— Szaleństwa mówisz, margrabino; masz jeszcze przed sobą dobre dwadzieścia lat miłych grzeszków; nie daruj swego; później będziesz się kajać, i pójdziesz się nimi pochwalić u stóp kapłana jeśli ci to sprawi przyjemność. Ale oto rozmowa przeszła na dziwnie poważne tory: wyobraźnia twoja nabiera straszliwie czarnych kolorów; oto skutek obrzydliwej samotności w jakiej się pogrążyłaś. Wierzaj mi, odwołaj co rychlej z wygnania młode