Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/174

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ależ, margrabino, czyżbyś w istocie skłaniała się ku dewocji?
— Dlaczego nie?
— Strzeż się pani, nie chciałbym aby nasze zerwanie, o ile ono jest zerwaniem, zaprowadziło cię aż tak daleko.
— Wolałbyś raczej, abym otwarła drzwi młodemu hrabiemu?
— O wiele.
— I radziłbyś mi?
— Bez wahania...“
Pani de La Pommeraye powiedziała margrabiemu wszystko co było jej wiadomem o rodzinie, pochodzeniu, dawnem życiu i procesie obu świętych kobiet, ciągle mówiąc o nich z niezmiernem przejęciem i zapałem; w końcu, dodała: „To osoby niezwykłej wartości, zwłaszcza córka. Pojmujesz, margrabio, że, przy takiej urodzie, o ile kobieta zechce użyć jej jako środka, nie zbywa jej w Paryżu na niczem; ale one przełożyły uczciwe ubóstwo nad haniebny zbytek. To co im pozostało, to tak niewiele, że doprawdy nie wiem jak sobie dają rady aby wyżyć. Pracują też od rana do nocy! Wierz mi, znosić ubóstwo gdy się w niem wzrosło, potrafi mnóstwo ludzi; ale przejść od dostatków do bardzo szczupłej stopy życia, zadowolnić się tem i czuć szczęśliwym, to rzecz której nie rozumiem! Oto w czem okazuje się siła religii. Nasi filozofowie mogą mówić co chcą, religia jest dobrą rzeczą.
— Zwłaszcza dla nieszczęśliwych.
— A któż nim nie jest, mniej albo więcej?