Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszystkiego co szkodliwe dla zdrowia; spójrz pani na tę twarzyczkę, na to ramię; oto owoce wstrzemięźliwego i jednostajnego życia, snu, pracy, czystego sumienia: to też coś warte...“
Panie usiadły, rozmowa potoczyła się na temat przyjaźni. Matka była wymowna, córka mówiła mało. Jedna i druga zarywała o ton dewocji, ale swobodnie i bez przesady. Na długi czas przed zachodem słońca, skromnisie poczęły się żegnać. Przedkładano im że jeszcze wcześnie; ale d’Aisnon-matka szepnęła do ucha pani de La Pommeraye dość głośno, że mają jeszcze pewne nabożne obowiązki do spełnienia i niepodobieństwem jest zostać im dłużej. Były już o dobrych parę kroków, kiedy pani de La Pommeraye przypomniała sobie z wyrzutem, że nie spytała o ich pomieszkanie i nie powiadomiła o swojem: „To nieuwaga, dodała, której nie byłabym się dopuściła dawniej.“ Margrabia pospieszył aby naprawić błąd; przyjęły uprzejmość pani de La Pommeraye, ale, mimo najusilniejszych nalegań, margrabia nie mógł się dowiedzieć o miejscu ich siedziby. Nie śmiał ofiarować swego powozu, mimo iż, jak wyznał pani de La Pommeraye, wielką miał pokusę.
Margrabia nie omieszkał zapytać towarzyszki, kto są te dwie kobiety.
„To istoty zaprawdę szczęśliwsze od nas. Spójrz, margrabio, na zdrowie jakiem się cieszą! na pogodę rozlaną na obliczu! niewinność, obyczajność jaką tchnie ich rozmowa! Nie widuje się, nie słyszy się tego w naszych kołach. My żałujemy dewotów, oni nas: i, wszystko zważywszy, gotowa jestem uwierzyć że mają słuszność.