Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/139

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wstaje, podchodzi do Kubusia, wspiera się pod boki, zapomina że trzyma Linkę na ręku, puszcza ją, i oto Linka znajduje się na podłodze, rozzłoszczona szamocąca się w powijakach, i szczekająca na zabój. Krzyki gospodyni mieszają się ze szczekaniem Linki, Kubuś towarzyszy wybuchami śmiechu szczekaniom Linki i krzykom gospodyni, pan zaś otwiera tabakierkę, zażywa niuch tabaki i również nie może się wstrzymać od śmiechu. Wrzawa napełnia gospodę. „Magdusiu, Magdusiu, prędko, prędko, przynieś butelkę z okowitą... Biedna Linka nie żyje... Rozwiąż ją... Och, jakażeś ty niezgrabna!
— Robię jak umiem.
— Jak ona krzyczy! Umykaj stąd, ja sama... Nie żyje!... Śmiej się, śmiej, drągalu, nicponiu; jest się z czego śmiać, w istocie... Biedna Linka nie żyje!
— Ale nie, proszę pani, nie, z pewnością przyjdzie do siebie; o, już się rusza.“
To mówiąc, Magdusia naciera okowitą nos psiny, i daje jej przełknąć conieco; gospodyni lamentuje dalej i ciska gromy na zuchwalstwo lokai; Magdusia zaś powiada: „O, proszę pani, już otwiera oczy; widzi pani jak na panią patrzy.
— Biedne zwierzątko: jak ono mówi! któżby się nie wzruszył?
— Niechże ją pani popieści trochę; niechże jej pani co odpowie.
— Chodź, moja biedna Linko; płacz dziecko, płacz, jeśli ci to sprawia ulgę. Jest jakiś los dla zwierząt jak dla ludzi; zsyła wszystko dobre nicponiom swarliwym, pyskatym i żarłocznym, samo zaś nieszczęście najlepszemu stworzeniu pod słońcem.