Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wzięła się do osoby, kazała go ująć i osadzić w więzieniu; tak iż, mimo wszelkich pozorów szaleństwa jakie nosiły jego zagadkowe odpowiedzi, niemniej były one szczerą prawdą.
Podczas gdy wam opowiedziałem tę historję, którą weźmiecie za bajkę... — A historja człowieka z galonami, który dudlił na wiolonczeli? — Czytelniku, przyrzekam ci ją; na mą cześć, nie będziesz oszukany, ale pozwól mi na razie wrócić do Kubusia i jego pana. Kubuś i jego pan dobili do schronienia w którem mieli zamiar przepędzić noc. Było późno, bramy miasta były zamknięte, musieli zatrzymać się w gospodzie na przedmieściu. Tam, słyszę hałas... — Pan słyszysz! Przecież pana tam nie było; nie chodzi o pana. — Prawda. Zatem, Kubuś... pan... Słychać straszliwy hałas. Widzę dwóch ludzi... — Nic nie widzisz; nie chodzi o pana, pana tam nie było. — To prawda. Siedziało tedy przy stole dwóch ludzi, rozmawiając dość spokojnie opodal drzwi prowadzących do ich pokoju; podczas gdy jakaś kobieta, wsparłszy sie pod boki, rzygała na nich potokiem obelg. Kubuś starał się uspokoić tę niewiastę, która rownie nie słuchała jego pokojowych przedstawień, jak owe dwie napastowane przez nią osobistości nie zwracały uwagi na jej wymysły. „Ech, paniusiu, mówił Kubuś, spokojnie, niechże się pani opamięta; pomału, o cóż chodzi? Ci panowie zdają mi się godnymi ludźmi.
— Oni, godnymi ludźmi! To brutale, ludzie bez litości, bez serca, bez czucia. Cóż im zrobiła biedna Linka, żeby się tak znęcać nad nią? Zostanie kaleką na całe życie.