Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Czyż nie jesteś uczciwym człowiekiem, który przyjął konia z powrotem za tę samą cenę za jaką go sprzedałeś?
— „Tak, jestem“. I dalejże Kubuś zaczął wycałowywać go w oba policzki, pan uśmiechał się, psy zaś wyciągnęły się na łapach, węsząc nosem w powietrzu, jak gdyby oczarowane sceną, którą widziały po raz pierwszy. Kubuś, pomnożywszy objawy wdzięczności licznymi pokłonami których dobroczyńca mu nie odwzajemnił, oraz mnóstwem życzeń przyjmowanych nader ozięble, wsiadł z powrotem na konia i rzekł do pana: „Mam najgłębszą cześć dla tego człowieka, którego imię spodziewam się usłyszeć z ust pańskich.
PAN. — I czemuż-to, Kubusiu, jest on tak czcigodny w twoich oczach?
KUBUŚ. — Dlatego, iż człowiek, tak mało wagi przywiązujące do usług które oddaje, musi być z natury uczynny i zdawna włożony do świadczenia dobrego.
PAN. — Z czegóż to sądzisz?
KUBUŚ. — Z obojętności i chłodu z jakim przyjął moje dzięki: nie ukłonił mi się, nie rzekł słowa, zdawał się nie widzieć mnie. Być może, powiada teraz sam do siebie z uczuciem wzgardy: „Musi chyba szlachetność być czemś bardzo obcem temu podróżnemu, a świadczenie sprawiedliwości czemś bardzo uciążliwem, skoro tak jest wzruszony mym postępkiem...“ Cóż jest niedorzecznego w tem co mówię, że pan śmiejesz się tak serdecznie!... Jakbądź się rzeczy mają, niech mi pan powie nazwisko tego człowieka, iżbym je zapisał w notatniku.