Strona:PL-Denis Diderot-Kubuś Fatalista i jego Pan.djvu/038

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Kubusia rzucił tę niedbałą odpowiedź, nagle, własny jego koń potyka się i pada, kolano pana wchodzi w blizką styczność ze spiczastym kamieniem, jego zaś właściciel krzyczy w niebogłosy: „Jezus Marja! moje kolano!...“
Kubuś, najlepszy w świecie chłopak jakiego sobie można wyobrazić, tkliwie przywiązany był do pana; mimo to, chciałbym wiedzieć co się działo w głębi jego duszy (jeżeli nie w pierwszej chwili, to przynajmniej skoro się upewnił dostatecznie iż upadek ten nie będzie miał przykrych następstw), i czy mógł sobie odmówić lekkiego drgnienia tajemnej radości z powodu przygody, która miała pouczyć tegoż pana, jak smakuje zranienie w kolano. Druga rzecz, czytelniku, co do której radbym abyś mnie objaśnił, to, czy jego pan nie byłby wołał zranić się, bodaj nieco ciężej, gdzieindziej niż w kolano, i czy nie bardziej dopiekało mu zawstydzenie od bólu.
Skoro pan ocknął się nieco z upadku i przerażenia, wdrapał się na siodło i dał parę ostróg koniowi, który pomknął jak błyskawica; toż samo uczyniła kobyła Kubusiowa, pomiędzy bowiem dwojgiem bydlątek panowała ta sama poufałość co między ich panami: były to dwie pary przyjaciół.
Gdy wreszcie konie, zdyszane, wróciły do zwyczajnego kroku, Kubuś rzekł: No i cóż, co pan o tem sądzi?
PAN. — O czem?
KUBUŚ. — O ranie w kolano.
PAN. — Jestem twego zdania; to jedna z najokrutniejszych.
KUBUŚ. — W pańskie kolano?