— Naturalnie! — żywo potwierdził Janek. — Uważam to za zaszczyt dla siebie, że do mnie się zwracacie, i natychmiast ruszam w drogę. Tylko musicie mi pożyczyć swej latarni, bo noc jest tak ciemna, że mógłbym wpaść do fosy.
— Bardzo mi przykro — odparł młynarz — ale to jest nowa latarnia, i wielka byłaby szkoda, gdyby się zepsuła.
— W takim razie obejdę się bez niej — rzekł Janek, i włożywszy duży kożuch i ciepłą czapkę szkarłatną, obwiązał szyję ciepłym szalem i ruszył w drogę.
Jakże szalała burza! Noc była ciemna, że Janek ledwie mógł rozeznać drogę, a wiatr dął tak silny, że trudno było utrzymać się na nogach. Janek jednak dzielnie maszerował naprzód, a po trzechgodzinnem borykaniu się z wiatrem i burzą, stanął u drzwi doktora i zapukał.
— Kto tam? — zawołał doktór, wysuwając głowę przez okno.
— Janek, panie doktorze.
— Czegóż ty potrzebujesz, Janku? — Synek młynarza spadł z drabiny i mocno się potłukł, więc młynarz prosi, by pan doktór zaraz do niego przybył.
— Dobrze! — odparł doktór, polecając osiodłać konia i podać sobie grube obuwie. Po chwili z latarnią w ręku zszedł ze schodów i pojechał w kierunku młyna; Janek zaś biegł za nim pieszo, wśród ciemności.
Burza jednak wzmagała się z każdą chwilą,