bardzo strapiony i obawiał się, czy jego kochane kwiaty nie pomyślą, że o nich zapomniał; pocieszał się tylko tem, że młynarz jest jednak najlepszym jego przyjacielem. — Zresztą — powtarzał sobie — daje mi przecież taczkę, a to już dowodzi czystej wspaniałomyślności.
Tak więc Janek pracował dalej dla młynarza, a młynarz mówił rozmaite piękne rzeczy o przyjaźni, które Janek notował w notatniku i odczytywał wieczorem, będąc bardzo obowiązkowym uczniem.
Pewnego wieczora zdarzyło się, że Janek siedział właśnie przed kominkiem, na którym płonęły drzazgi, gdy za drzwiami rozległo się głośne pukanie. Noc była bardzo burzliwa, a wiatr tak świszczał i wył straszliwie, że w pierwszej chwili Janek pomyślał, iż wiatr tak trzaska drzwiami.
Niebawem jednak pukanie ozwało się po raz drugi i trzeci, silniejsze niż poprzednio.
— Zapewne jakiś biedny podróżny — pomyślał Janek, biegnąc ku drzwiom.
Otworzywszy je, ujrzał młynarza z latarnią w jednej, a dużą laską w drugiej ręce.
— Mój drogi Janku — zawołał młynarz — jestem w wielkim kłopocie. Mój najmłodszy syn spadł z drabiny i potłukł się tak mocno, że muszę wezwać lekarza. Ale on mieszka daleko, przytem noc tak okropna, i właśnie mi przyszło do głowy, że lepiej będzie, jeśli ty pójdziesz zamiast mnie.
Wiesz przecie, że ci oddam taczkę, więc słusznem jest, byś się w jakikolwiek sposób odwzajemnił.