ma wartość, niż deska, lecz prawdziwa przyjaźń nie zważa na takie drobnostki. Proszę cię, daj mi zaraz tę deską, a jeszcze dziś zabiorę się do roboty.
— Zgoda! — wykrzyknął Janek, natychmiast wybiegając po deskę.
— Niezbyt wielka ta twoja deska — rzekł młynarz, obejrzawszy ją — i zdaje mi się, że po naprawieniu dziury w moim dachu nic chyba nie zostanie do naprawy taczki, ale przyznasz, że to już nie moja wina. A teraz, skoro ja ci przyrzekłem taczkę, sądzę, że w zamian ty mi dasz trochę kwiatów. Oto kosz, i sądzę, że mi go napełnisz.
— Mam go napełnić? — spytał Janek mocno zakłopotany. Kosz bowiem był bardzo duży, i biedny chłopak widział, że jeśli go napełni, nie będzie już miał żadnych kwiatów do sprzedania, a tak bardzo pragnął odzyskać swe srebrne guziki.
— Oczywiście! — odparł młynarz. — Przyznasz przecie, że za taczkę mogę chyba żądać od ciebie trochę kwiatów. Może się mylę, ale mojem zdaniem, przyjaźń, prawdziwa przyjaźń, winna być wolna od wszelkiego egoizmu.
— Mój drogi przyjacielu! — wybuchnął Janek. — Z chęcią oddaję wam wszystkie kwiaty z mego ogrodu. Więcej mi zależy na waszem dobrem mniemaniu, niż na odzyskaniu kiedykolwiek tych srebrnych guzików. I co prędzej pomknął w głąb ogrodu, zerwał wszystkie pierwiosnki i napełnił nimi kosz młynarza.
— Do widzenia, Janku! — żegnał go młynarz,